o tym i tamtym i może o czymś jeszcze
sobota, 29 października 2011
Po latach

Tak dawno mnie tu nie było

wszędzie kurz i pajęczyny, z każdego rogu zagląda wielooki pająk monstrualnych rozmiarów

czuć lekką stęchliznę

fuj

pomimo tego

chcę tu być

chcę to miejsce mieć

bo jest moje

i tylko moje

i ja go potrzebuję

znów

potrzebuję

czwartek, 16 lipca 2009
17.

Nadchodzi taki dzień- nawet , gdy wszystko gra i buczy- taki dzień jak ten.
Ten dzień zapisze się na długo w pamięci i rana nie zagoi się tak łatwo.
Najpierw nosisz w sobie ŻYCIE...które okazuje się być dzieckiem płci żeńskiej, kochasz je od chwili poczęcia- zachwycasz się rosnącą fasolką i już wiesz ,że dla Niej zrobisz wszystko- cokolwiek by to miało być. I dajesz faktycznie. Z zafascynowaniem patrzysz jak rośnie Twoje dziecko- zauważasz cechy charakteru i te dobre i te złe- zaczynasz się zastanawiać "Kto z tego dziecka wyrośnie?".
Dla Ciebie dziecię Twoje jest najpiękniejsze- ale na szczęście nie tracisz poczucia rzeczywistości i robisz wszystko, by wyrosło na porządnego człowieka- nie oszczędzasz się w słowach miłości czy pochwał- wyznajesz zasadę, że lepiej bazować na pozytywach niż wyolbrzymiać to co jest na bakier.
Czasami dziecko owo daje Tobie w kość- gdy już jest nastolatką- bo to płeć żeńska- zauważasz ,że nie rozumiesz swojego dziecka, niepojęte jest dla Ciebie, że rzeczy materialne , pieniądze, zazdrość , ba nawet zawiść to coraz częściej dominujące sprawy. Próbujesz rozmawiać- ale Twoje dziecko ma do tego tzw. tupet i wewnętrzne przekonanie ,że powinno być pępkiem świata.
Okazuje się, że osiąga pełnoletniość a schody się piętrzą i piętrzą. Starasz się być wyrozumiała i nadal bazować na dobrym- ale to niełatwe. Kochasz ponad życie dziecko owo i jak to u zakochanych vel kochających bywa- potrafisz wiele odpuścić, wytłumaczyć...z miłością tak właśnie jest. I wszystko jest dobrze, nie wszyscy jesteśmy ideałami...lecz w dniu takim jak dziś- dziecko owo wbija przysłowiowy nóż w serce.
Dziecko doskonale wie- że codziennie wypruwasz sobie żyły, by niczego nie zabrakło...ale też na wiele rzeczy cię nie stać- rozmawiałaś z nim nie raz, w końcu ma już 19 lat.
Na nic to.
Bo nagle okazuje się, że dziecko jest biedne, głodzone, nie dostaje obiadów a gdy wyjeżdżasz to zostawiasz pustą lodówkę- temu zaniedbanemu dziecku. I dziecko Twoje- na Twej piersi wykarmione nie mówi tego Tobie- tylko Byłemu, by dostać więcej...pieniędzy....żenada.....ale boli jak diabli. Z pewnością byś się nie dowiedziała, gdyby nie fakt, że zadzwoniło oburzone dziecko pierwsze.
Jeszcze bardziej boli, że to kłamstwa...kalanie własnego gniazda i totalny brak szacunku.
Wykonujesz telefon do dziecka...a Ono potrafi tylko powiedzieć "bez komentarza"....
Masz żal, chce ci się płakać- ale nie płaczesz, bo jesteś twarda.
Własne dziecko.........
Ciężko- bo już wiesz, że zasady , które wpajałaś poszły na marne....

wtorek, 31 lipca 2007
16.


Żałoba.
Niebo zachmurzone przekrzywia twarz i zezowato spogląda z góry.
Kikuty drzew niczym ostrokół otaczają, zasłaniając drogę powrotu.
Sępio zobojętniałe wrony...dzielą się resztkami TegoCoZostało...
Martwość i cisza przerywana świstem wiatru , ktory rozwichrza szarpiąco włosy.
Każde wredne stworzenie czeka tutaj...
...aż zapłaczę...
a ja odziana w zbroję z ŁezktórychNigdyNiePrzeleję...spaceruję sobie, butnie śmiejąc się złośliwie prosto w te pyski paskudne ( nie umiem płakać- zapieczona w sobie)
Jakim prawem każą mi zachowywać żałobę- jakim?
Jakim prawem zmuszają mnie pozostać , gdy GdzieśTam słońce opromienia a z deszczu tylko tęcze rozciągają się w uśmiechu...
Jakim prawem gwałcą Radość, Beztroskę...podarte ich sukienki a po nogach cieknie krew...
Tak marny ze mnie żałobnik jak marny pogrzeb a jeszcze marniejsze Pogrzebane.
Znajdę wyjście....
Szukam...


poniedziałek, 30 lipca 2007
15.

Czas na pogrzeb.
Będzie smutny, ponury, ba - sczerniały.
Zwłoki w daleko posuniętym rozkładzie- śmierdzą taką nieprzyjemną, najpodlejszą śmiercią...nie ma nic doniosłego w tym akcie.
Szybko..wykopać dół- głęboki i wrzucić to ścierwo...zakopać ku zapomnieniu.
Da się?
Czy w pamięci są tak głębokie niezbadane czeluście z pogranicza piekieł?
Szukam ich...przekopuję się przez zranienia mniejsze i większe, przechodzę przez bolesności- ponownie czując ich dotkliwy ból...nie lubię tego...ale muszę brnąć dalej...przecież szukam dna DNA...docieram do niby zapomnianych traum z dzieciństwa...brrr...jakże szkardne i obrzydliwie pokraczne są...zaropiałe ślepia, trzęsące szponiaste ręce...wciąż tam są...w tej pamięci...ku NiePamięci...staram się ominąć je szerokim łukiem...nie da się, muszę czuć ich spleśniale oddechy, dotykać tych obślizgłych ciał- wszędzie fetor NieDoWytrzymania...
Jestem...
Nic nie widzę...smród zatyka mi nozdrza...nie oddycham...tak NieOddychanie to jest wyjście...
Kopię...ciężko...kamieniste to PodDno...ale kopię...zaczynam wygarniać rękoma- tak łatwiej...to co ,że łamię paznokcie przynajmniej mam usprawiedliwienie dla łez suchych jak wióry...które ranią oczy do krwi...
Musi boleć...
Biorę ToCoUmarło ( nie! umarło to za szlachetne określenie) poprawiam się ToCoZdechło...wrzucam z obrzydzeniem...i mantra Nie Chcę Pamiętać...
ciekawych żałobników mam obok....zlazło się wszystko...jak robactwo...i przygląda z niezdrowym zaciekawieniem...
przysypuję byle jak...
Odwracam się na pięcie...nie oglądam za siebie ( tylko szloch bezgłośny spazmatycznie dusi w gardle)...tak zdychają zbeszczeszczone za zycia marzenia...
Odejdę...zapomnę...zapomnę...zapomnę...
To moja modlitwa pożegnalna...( nie zawsze co piękne pięknym jest- tylko to zapamiętam)
Koniec.
Kurwa! Koniec- rzekłam.




sobota, 26 maja 2007
14.

Analogia.

Czuję się jak wtedy....
patrzyłam w tę twarz obrzmiałą i sczerwieniałą od nietłumionej wściekłości...w te oczy przekrwione ( które powinny być tymi najbardziej kochającymi na świecie) i ten oddech czułam...aż wywracały mi się kiszki z obrzydzenia...i każdą cząstką swojego ciała czułam te okrutnie spadające razy, jeden za drugim , bez końca, bez pohamowania...a gorąca strużka moczu spływała mi po nogach...ale bardziej bolało w środku- tam nie hamowałam łez...
i słyszałam...PRZEPROŚ!!!!!!!! wycharczane, wysyczane prosto w twarz....przez...ojca...
ale ja...
stałam wyprostowana i napięta do granic wytrzymałości, milcząco patrzyłam prosto w te przekrwione, zamroczone oczy siląc się na ironiczny uśmieszek...i nie przepraszałam...bo nie miałam za co...tak po prostu....i czułam nienawiść pomieszaną z żalem, niemocą i rezygnacją...a zarazem kochałam swojego oprawcę- całym swoim dziecięcym sercem...i gdzieś na dnie obijało się pytanie:
dlaczego tato???? dlaczego ???
....
stoję wyprostowana, dorosła, wiem czego chcę...wiem czego nie mam, wiem o czym marzę, wiem czym się karmię...i czuję jak Los/Życie smaga mnie bezlitośnie tak jak On kiedyś...rani mnie do żywego...
i patrzę mu prosto w oczy i pytam : dlaczego???
i staję przed lustrem- patrzę sobie w oczy i pytam: dlaczego taka jesteś?


środa, 16 maja 2007
13.

Strach...boję się...
Kurczę poddaję się idiotycznym przeczuciom, mam wrażenie jakbym szła na ścięcie...dlaczego tak? Hm , może dlatego ,że wiem ile jest we mnie nie tak...
Boję się też z innego powodu...najgorsze bowiem jest to, że jestem SAMA...Nie odprowadzi mnie nikt ...wsiądę do busa z tą walizeczką...zamelduję się...zapłacę z góry za wykonaną usługę...wejdę gdzieś tam i drżąco będę wyczekiwać jutra...
Później obudzę się...i nie będzie nikt czekał z wypiekami na moje przebudzenie...
Cholera smutne to prawda? ja wiem ,że Latorośle, że Przyjaciele...ja to naprawdę wiem...ale chodzi mi o coś zupełnie innego...
Pozwoliłam sobie na uwierzenie w bajkę, w ziszczenie marzeń...naprawdę teraz czuję się głupio, jak jakaś pierwsza naiwna...Cieszyłam się jak dziecko- że nareszcie STAŁO się, że już wszystko będzie inaczej- lepiej...CHOLERA...Zadaję sobie pytanie stare jak świat- dlaczego ja? dlaczego mnie to spotyka?
I głupie to , ale ja wciąż chcę wierzyć w tę bajkę...oddałam siebie na tacy, saute...odsłoniłam się całkowicie i stałam się bezbronna jak niemowlę...i wciąż kocham...ale...
tyle rozczarowań, tyle bólu...tyle ...
Ile jestem w stanie znieść jeszcze?
Boję się...
Boję się panicznie samotności...nie umiem jej zaakceptować, był moment ,że zaprzyjaźniłam się z nią...ale teraz, po tym wszystkim co zostało mi dane - już nie umiem...
cholera...jak to strasznie boli...


czwartek, 10 maja 2007
12.

Się kłębi we mnie, wije wężowo od myśli ociekających jadem ...wymierzonym we mnie... Boję się głośno wypowiadać to , co czuję, boję się podzielić lękami, najlepiej byłoby schować strusio głowę w piasek i nie być...
...
Poczułam się tak jakbym była tylko ja...a naprzeciw mnie wszystko to co chce mnie zniszczyć...totalnie sama...i nic to ,że wiem o ludziach co pomc chcą...to chodzi o taką samotność emocjonalną...taką, gdzie NAPRAWDĘ nie ma nikogo tylko dla siebie...
....
Płakałam spazamtycznie...już nie pamiętam u siebie takiego szlochu ( zawsze zamknięty we mnie, zawsze zatrzymany na czas)...czułam jak wszystko się we mnie rwie, jak szarpie mi trzewia, jak oczy wypływają z oczodołów...i tylko wierna Figa szalała nie potrafiąc pomóc...Nie umiałam powstrzymać...a może już nie miałam siły...
...
Bo jak płakać to w samotności....i dziwne, bo wylałam ocean łez i powinnam czuć się lżejsza...a nie czuję...nadal od środka ciężkim kamieniem zalega lęk pomieszany z bezradnością....
...
i wiem ,że muszę dać sobie radę...i wiem ,że zapewne dam...tylko kolejna rysa na sercu, tylko kolejny strup na zranionych uczuciach, marzeniach przybędzie...
....
Z ran zabliźnionych i niezabliźnionych zbudowana jestem...
i bolą....bolą jak diabli....\
Niech ktoś mi przypomni ,że życie jest piękne....

czwartek, 03 maja 2007
11.

Był wpis dziesiąty...ale skasowałam.
Skasowałam , bo nie chcę już wracać do przeszłości ( a właśnie to zrobiłam - wywołałam zmory przeszłości), nurzać się w niej- bo taka obleśnie oblepiająca, taka mazista, taka bagnista...tak więc prosta czynność USUŃ i już - koniec - nie ma wpisu dziesiątego...
Ach żeby w życiu było tak prosto, znaleźć odpowiedni przycisk i już...z głowy, serca i myśli...
Nie wiem dlaczego- ale jakiś ciężki czas dla mnie nastał, taki przytłaczający i bezperspektywistyczny...
a przecież nie powinnam tak czuć...przecież kocham , przecież jestem kochana ...No, przecież będzie DOBRZE jak w bajce....to skąd to zwątpienie i brak wiary?(może to jest odpowiedź-słowa, słowa, słowa,deklaracje ,coś tam na przyszłość- wciąż w fazie idei).
Kulejąc zanurzyłam się w słoneczność- kuśtykałam pomiędzy betonowymi światami- ocierając się o zieloność rozkwitłą nadzieją- podziękowania dla wiernej Figi za wyciągnięcie.Kupiłam Vivę...a tak poczytać bzdury, bezstresowo...i trafiłam na wywiad z Grocholą...i tak sobie myślę, nie sztuką, gdy się nie układa, znaleźć wszystko co czarne, sztuką jest znaleźć białe...a z tym u mnie coraz gorzej...życie się jakoś takie bardziej w odcieniach szarości i czerni porobiło...(a przecież bywało gorzej, tragiczniej, ciężej)
i po co to piszę...sama nie wiem...
wyrzucam chyba z siebie...wyrzucam z nadzieją ,że zadziała jak to polecenie USUŃ i przestanie gnijąco zalegać na wątrobie...
Słońca, zieleni soczystej i miłości o smaku malinowym...chcę...

środa, 25 kwietnia 2007
9.

 Jeśli coś ma się potoczyć źle...to tak się potoczy...jeśli coś ma się rozwalić..to się rozwali...jeśli przeczucia koszmarne- koszmarnie spać nie dają...to znaczy...że nie na darmo one są...
Coś jak robak drąży czarny tunel ( a co górnolotnie sobie określę) w duszy...bolący to tunel...a ból niczym obręcz żelazna ściska oburącz serce...
Co to jest beztroski uśmiech???? Taki spontanicznie wyrywający się ku ludziom...już nie pamiętam...uśmiecham się- bo umiem...
Mam przeczucie...że TO co się dzieje zniszczy mnie...zniszczy tę unikalną- niczym nieskażoną Ufność...( w tej kwestii niereformowalna jestem pomimo prztyczków w nos)...i jeszcze ta myśl uparta, brzęcząca muszo w głowie..."Tobie nic się już nie uda...jesteś skazana na...NieSukces...pogódź się z tym...nie marz...nie pragnij..."
I jak się nie bać....gdy tylko dół i dół...i coraz niżej...
i straszne to- bo nie widzę światła...albo inaczej obraz coraz bardziej się zaciemnia...ślepa jestem od Smutku czarnego...ślepa jak kret , w tym tunelu błądzę...
wtorek, 24 kwietnia 2007
8.

Uwielbiam...ten zapach świeżo skoszonej trawy...rozkosznie drażniącej nozdrza...uwielbiam wdychać najmocniej jak potrafię...myślę, że tak właśnie pachnie szczęście...
Uwielbiam , gdy burza wisi w powietrzu...i nagle tę duszność zaczyna przełamywać delikatnie roszący , wiosenny deszcz...i czuć te kropelki uwielbiam- osiadające na twarzy...w zasadzie bardziej łaskoczące jak mokre...( a zapach skoszonej trawy ekstatycznie intensywnieje...) ...
Lubię tak iść przed siebie...krokiem pewnym ,spokojnym...myśleć o Niczym...a świat kurczy się i sprowadza tylko do tego zapachu, który chlonę każdą komórką, każdym nerwem, całą sobą...
a wszystko inne nie istnieje
i przez tę jedyną, unikalną chwilę dotykam szczęścia...
 
1 , 2